Chodząc ponad chmurami, czyli wejście na górę Emei (峨眉山)

Emei Shan jest jedną z czterech świętych gór buddyzmu w Chinach (obok Wutai Shan w prowincji Shanxi, Jiuhua Shan w prowincji Anhui oraz Putuo Shan w prowincji Zhejiang). Położona  jest w Syczuanie i osiąga wysokość 3099 m, a wejście na nią jest nie lada wyzwaniem 😉

Pierwszą wybudowaną świątynią buddyjską w Chinach była jedna ze świątyń na zboczu góry Emei, dzięki czemu uznaje się ją  za miejsce zapoczątkowana buddyzmu w Państwie Środka oraz główne centrum pielgrzymek. Na szczycie znajduje się posąg bodhisattwy Samantabhadra (普贤菩萨), która przyjmuje postać żeńską i jest czczona jako patronka klasztorów. Na całym obszarze znajduje się ok. 30 świątyń  buddyjskich, które zbudowane są na zboczach góry w tradycyjnym chińskim stylu. Emei Shan wraz z Wielkim Buddą z Leshan zostały wpisane na listę UNESCO, ze względu na swój charakter kulturalny i przyrodniczy.

Góra Emei jest również znana z lokalnych sztuk walki. Zostały one stworzone przez mistrza Kung Fu – Situ Xuankong’a, który wzorował się na ruchach małpy, dlatego ten rodzaj sztuk walki charakteryzuje się szybkimi ruchami nóg i rąk. Szkoła Emei wraz z Shaolin (少林) oraz Wudang (武当) tworzą trzy najważniejsze ośrodki wushu (武术) w Państwie Środka. Porównując je można zauważyć, że najmocniejszy jest styl szkoły Shaolin, następnie Emei, a najłagodniejszy Wudang.

Góra ta była pierwszym miejscem na naszej trasie podczas miesięcznej podróży po Chinach. Z Kunmingu wsiadłyśmy w pociąg, który zawiózł nas na stację Emei Shan. Droga trwała 15 godzin, a bilet kosztował 215 RMB. Zdecydowałyśmy się na pociąg nocny, żeby po przyjeździe mieć jeszcze cały dzień na zwiedzanie. Po wyjściu z pociągu przesiadłyśmy się na autobus miejski, który zawiózł nas na teren parku (jazda trwała ok. 30 min, a koszt biletu to jedynie 1 RMB). Bilet wstępu poza sezonem kosztował nas 55 RMB, ale była to wejściówka ze zniżką studencką, dla pozostałych koszt jest dwa razy wyższy. W sezonie trzeba doliczyć dodatkowe 50 RMB.

Wyruszając byłyśmy przygotowane na dwudniową wędrówkę, jednak nie wiedziałyśmy, że będzie ona aż takim wyzwaniem. Wejście na szczyt nie jest łatwe, ale kształtuje charakter i daje niesamowitą satysfakcję! Patrząc na to z perspektywy czasu, dobrze, że pojechałyśmy tam na początku naszej podróży – było to miejsce, które wymagało od nas nie tylko wytrwałości fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. Oczywiście możliwy jest też wjazd kolejką linową praktycznie na sam szczyt (pozostaje godzinna wędrówka), ale my nie poszłyśmy na łatwiznę, bo nie na tym polega podróżowanie! 😉

Wejście na górę to niekończąca się wspinaczka po schodach… Cała droga prowadzi przez gęsty las, przez co jest monotonna – brak zmiany krajobrazu, mróz i schody za schodami nie sprzyjają motywacji do dalszej podróży. Podchodziłyśmy na szczyt jednych schodów z nadzieją, że to już koniec, ale zaraz za nimi pojawiały się kolejne – i tak w kółko. Szlak jest też słabo oznakowany, chociaż były małe szanse na zgubienie się, bo nie ma tam innych dróg. Całą drogę towarzyszyły nam też makaki tybetańskie – te słodkie małpki, które obrabują cię z jedzenia, a czasami nawet ze sprzętu :p Dodatkowym utrudnieniem budzącym niepewność i lekki strach był brak ludzi podczas praktycznie całej trasy na szczyt. Jeżeli już kogoś mijałyśmy były to osoby schodzące z góry.  Przez to, że wejście rozpoczęłyśmy dosyć późno, bo około godziny 14:00, zostały nam 4 godziny, żeby dojść do klasztoru znajdującego się na wysokości ok. 2000 m. Nie miałyśmy pojęcia jaka jest odległość od niego i ile czasu zajmie nam dojście, dlatego brak mijanych ludzi sprawiał, że zaczęłyśmy wątpić, czy uda nam się dojść przed zamknięciem klasztoru.

Wielokrotnie zdarzało się, że miałyśmy ochotę wycofać się i zawrócić, nie widząc nadziei na dojście. Jednak co chwilę zwalczałyśmy te myśli i szłyśmy dalej. Co jakiś czas las robił się rzadszy i odsłaniały się przepiękne widoki rekompensujące cały trud i wysiłek! Po około dwóch godzinach drogi zauważyłyśmy klasztor do którego zmierzamy, co dodało nam siły, bo wiedziałyśmy, że miejsce do którego zmierzamy naprawdę istnieje 🙂 Im bliżej miejsca noclegowego byłyśmy, tym więcej ludzi spotykałyśmy, dzięki temu wiedziałyśmy, że zdążymy przed zamknięciem klasztoru.  Pod koniec pierwszego dnia drogi szliśmy już w grupce około 20 osób.

W klasztorze warunki do spania nie były za przyjemne – był to nocleg za który zapłaciłyśmy chyba najwięcej podczas całego naszego pobytu w Chinach, a warunki były najgorsze. Mimo wszystko uważamy, że warto było tego spróbować i polecamy wszystkim, którzy chcą poznawać jak wygląda lokalne życie – czasami warto wyjść poza swoją strefę komfortu. Spałyśmy same w 6-osobowym pokoju (najtańsza opcja), na jednym łóżku, przykryte 3 kołdrami, mając pod sobą dwa koce elektryczne. Nocleg na wysokości ok. 2000 m wiązał się z niskimi temperaturami i oczywiście nie można było liczyć na jakiekolwiek ogrzewanie. Łazienki nie było, były za to dwie miski – jedna do umycia stóp, druga do umycia twarzy oraz ogólnodostępny wrzątek. Przez brak łazienki pozostawało umycie się na dworze – wśród śniegu. Toalety również były typowo chińskie – czyli jeden długi rynsztok z niskimi ściankami działowymi bez drzwi, to jednak nie było dla nas zaskoczeniem po 5 miesiącach w Chinach 😉

Drugi dzień wędrówki rozpoczęłyśmy od zaspania na śniadanie… Gdy wstałyśmy większość już wyruszyła w dalszą drogę. Było ciemno, my nie miałyśmy latarek i bałyśmy się wyjść same. Po zjedzeniu resztek ze śniadania – ryżanki bez smaku i jednej suchej pyzy – złapałyśmy grupkę młodych Chińczyków, z którą rozpoczęłyśmy podejście na szczyt. Niestety nasza wspólna droga nie trwała zbyt długo, ponieważ my chciałyśmy pójść trochę szybszym tempem 🙂 Przez całą trasę nie spotykałyśmy zbyt wielu ludzi, dopiero podczas ostatniego etapu, czyli od miejsca, w którym swoje podejście zaczynały osoby korzystające z kolejki linowej. Ta część podejścia była najcięższa, ze względu na tłumy oraz strome i śliskie drogi (niestety Patrycja nie uniknęła upadku – na szczęście na pamiątkę został jej tylko wielki siniak, z którym wróciła jeszcze do Polski :P). Podczas końcowych metrów schodzący z góry ludzie ostrzegali nas przed śliską drogą i ciągle powtarzali, że zostało jeszcze pół godziny do szczytu… (słyszałyśmy to ok. 4 razy w ciągu godziny ;)).

Na szczycie zastała nas gęsta mgła – nic nie widziałyśmy, jednak nie jest to nic niespotykanego. Panuje tam duża wilgotność, dlatego bardzo rzadko zdarza się, że ze szczytu widać cokolwiek. Mimo tego nasza satysfakcja była i nadal jest ogromna. Dotarłyśmy tu na własnych nogach, walcząc ze słabościami. W czasie drogi powrotnej skorzystałyśmy z kolejki linowej, ponieważ zejście z samego szczytu było zbyt niebezpieczne – było stromo i ślisko. Poza tym stwierdziłyśmy, że po takim wysiłku możemy pozwolić sobie na trochę wygody. Bilet kosztował 20 RMB, a na dolnej stacji byłyśmy w kilka minut 😉

Po zejściu wsiadłyśmy w autobus turystyczny, który zawiózł nas pod stację kolejową w Emei Shan (koszt 50 RMB, czas jazdy ok. 1,5h). Zdecydowanie polecamy podejście na górę wszystkim, którzy chcą sprawdzić swoją wytrzymałość, natomiast osobą o słabszej odporności zalecamy skorzystanie z kolejki linowej 🙂 My naładowane pozytywną energią wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Kolejnym etapem podróży było Leshan i słynny Wielki Budda, także wyczekujcie kolejnego posta z tej serii! 🙂

GALERIA ZDJĘĆ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *